Wystarczyło wyjść z domu, żeby zaczęło się coś ciekawego. Nie trzeba było pisać ani dzwonić. Po rowerach rzuconych pod blokiem wiedzieliśmy, gdzie szukać reszty.
Budowaliśmy bazy, graliśmy w dwa ognie i chodziliśmy na szaber do sadu. Największym zmartwieniem było to, że mama zaraz zawoła z okna, a przecież dopiero wyszliśmy. Nawet jeśli minęło już pięć godzin.
Dziś każdy ma swoje sprawy, pracę i obowiązki. A czasem chciałoby się jeszcze raz usłyszeć pukanie do drzwi i zwykłe: „Idziesz na podwórko?”.

Zobacz również